Recenzja Eldrig – Urlagarne

Tak w przypadku Eldrig, jak i Fanisk pierwszy kontakt to miłość od pierwszego odsłuchania. Oba te projekty łączy osoba za nie odpowiedzialna ( i to że usłyszałem je w zasadzie w jednym czasie), ale na szczęście pomimo tego są one w pewien sposób jednak różne od siebie.

Recenzję Fanisk można sobie znaleźć samemu, a tutaj skupimy się co oczywiste na Eldrig, chociaż – w pewnym aspekcie – przez pryzmat tej pierwszej. „Urlagarne” to album na którym dużo większy nacisk położono na hipnotyczne wręcz gitary,a mniej na klawisze. Piszę o tym właśnie w kontekście płyty Fanisk „Insularum”. Tam można mówić o swoistym „orchestral”, albo „atmospheric”, tutaj ten element stał się tłem. Może mało widocznym, czy raczej słyszalnym, ale nadającym całości głębi. Wspomniałem o tym, że ta muzyka hipnotyzuje i to prawda, a cienka jest granica między takim wpływem na słuchacza, a pewną zastałością kompozycyjną, żeby nie powiedzieć nudą. Kombinacje dźwięków powtarzane co najmniej kilka razy potrafią wprowadzić w trans, ale równie dobrze mogą zmęczyć, a czasem po prostu zirytować. Eldrigowi udało się znaleźć złoty środek. Kompozycje są długie, a jednak nie nudzą, mimo tego że w zasadzie wiadomo co będzie za chwilę. Ma w sobie też ta muzyka coś niepokojącego (mimo wspominanej stałości kompozycyjnej), ale to właśnie fascynuje i przyciąga słuchacza. Zastanawia mnie jednak dlaczego Eldrig postawił na płytę pozbawioną wokali. Samo w sobie mi to nie przeszkadza, chociaż na pewno wprowadziły by trochę urozmaicenia. Ciekawi mnie coś jeszcze na tej płycie. Składa się ona jakby z trzech części. Każda z nich to dwa utwory. Dwa, jakże różne od siebie kawałki. Te krótsze na płycie (odpowiednio: 2, 4 i 6) zdają się być przerywnikami od tego co serwowane jest nam w długich kompozycjach. Niosą one pewne uspokojenie od sonicznej apokalipsy według Eldrig. Być może mają być jednak po prostu są zwykłymi kawałkami bez jakiegokolwiek większego znaczenia.

Gdybym wierzył w noworoczne bzdury, to powiedziałbym :jaka pierwsza płyta, taki cały rok. Niestety tak dobrze nie ma. W przeciwieństwie jednak do 95% albumów które w tym roku będą mi katować narządy uszne, do Eldrig wrócę z przyjemnością.

Ocena: 8/10


Napisany przez: Ef | Recenzje

2 komentarze

  1. Poświst
    14 Sty 2013, 7:17 pm

    Stary, muszę to napisać: powinieneś oddać pałeczkę w recenzjach bartkowi, a samemu skupić się na newsach i wywiadach. Pierwsze dlatego, że odkopujesz całkiem ciekawe twory, drugie – bo może nie jesteś urodzonym dziennikarzem, ale są przyzwoite. ‚+’ ode mnie za promowanie mniej znanych rzeczy (inna sprawa,że pro zespoły nie dały by się namowic takiemu amatorowi z Internetu jak tobie na wywiad). Co jak co, ale rezencentem jestes po prostu słabym jak jasna cholera. Nie mam bolu dupy, nie znamy się, nie kopnąłeś mnie podczas wariowania na koncercie. po prosty, stary: jesteś cienki w te klocki jak barszcz. Zero polotu, warszatu, zero zaciekawienia czytelnika. Zero konkretów o opisywanych płytach. Produkujesz dno totalne w tym temacie. A szkoda bo newsy i wywiady czyta się dobrze.

  2. Ef
    15 Sty 2013, 11:11 am

    heh, gdyby On jeszcze chciał te recenzje pisać, to ja z chęcią skupiłbym się na wywiadach i newsach

Dodaj komentarz