Recenzja: seagulls insane and swans deceased mining out the void
Kilka dni temu wpadła w moje łapy płyta projektu, którego nazwy na trzeźwo wypowiedzieć nie umiem. Cacko wydane przez Witching Hour w formacie slipcase cd zawiera 50 min materiału pociętego na 5 – padron – V kawałków o nazwach numerycznych, konkretnie rzymskich…
Lista zawodników odpowiedzialnych za nagranie materiału jest krótka:
- Nihil: wokal, gitara, bas, klawisze, efekty, perkusja
- Hvoc: gitara, bas, efekty, perkusja
Z dołączonej do materiału książeczki dowiemy się, że w utworze II na 13 sekund (między 2:38 – 2:51) bas zostaje oddany w ręce Sars’a, a w kolejnym, III, klawisze wciskał Deadman (2:43 – 4:35).

Od pewnego czasu nie kumam połowy materiału wydawanego przez ekipę LTWB. Albo przez projekty poboczne członków ekipy. O ile pierwszy FDS dobrze daje radę, to drugi już niekoniecznie. Sars, który duszę wypuścił też niekoniecznie, choć intryguje. Morowe było spoko, ale tylko spoko, texty super, muzycznie dupy nie urwało. Teraz kręcę w odtwarzaczu płytę Seagulls Insane And Swans Deceased …
Leci pierwszy numer. Dość prymitywny, rasowy black po 4 min zwalnia tempa i ustępuje brzmieniom bardziej industrialnym, towarzyszącym nam do końca materiału. Zimny, zły wokal hipnotyzuje, wprawia w trans. Kolejne kawałki to pozorna podróż w nieznane. Czasem ściana dźwięku, czasem pojedyncze nuty. I ten wokal… przeraźliwie zimny, wściekle wrzaskliwy, choć głęboki. Ci, którzy słyszeli kilka ostatnich Blut Aus Nord doskonale odnajdą się w klimacie utworu trzeciego. Industrialny post-black w najlepszej (wolne tempo) odmianie.
Całą tą zdehumanizowaną otoczkę podkreślają artystyczne kwiatki, wyrastające w ostatnich minutach pojedynczych utworów. Dostajemy tu bowiem ścianę dźwięków, które inspirowane są bądź to odgłosem hamującego pociągu, bądź to paznokci szorujących po szkolnej tablicy. Miodzio…
Nie umiem powiedzieć jednoznacznie, czy jest to płyta dobra, czy zła. Na pewno jest inna. Inna muzycznie, stylistycznie i inna… w odbiorze. Każdy zrozumie (bądź nie) ją na własny sposób. Ja słucham w dość sporym skupieniu piąty, może szósty raz. I powoli rozumiem ten zabieg.
Pewne są 2 sprawy: nie znam w PL drugiej ekipy, która byłaby w stanie nagrać „coś” podobnego, oraz fakt, że ta płyta będzie solidnym (nie koniecznie nagłośnionym) pierdolnięciem w scenę. Warto mieć to na półce!
Ocena: 7,5/10




