Relacja: Asymmetry Festival 5.0 dzień 1

Asymmetry Festival 5.0 DZIEŃ 1.

Nevesis, Balazs Pandi, Agalloch, Vader, Mayhem, Matadores

2.05.13

Wrocław, Hala Stulecia

 asy_puste

 

Chyba nie tylko mnie na pierwszy dzień Asymmetry Festival we Wrocławiu przyciągnął występ norweskich “rzeźników” z Mayhem… Już o 17. mimo zacinającego deszczu pod Halą Stulecia zaczęły gromadzić się watahy młodszych i starszych osobników okutych w glany i pieszczochy, czekających na swoich ulubieńców. Jednak na początek apokalipsy rodem z Norwegii przyszło nam jeszcze długo poczekać…

Piątą edycję festiwalu otworzyła estońska hard rockowa grupa Nevesis. Chłopaki może publiczności nie porwali (ich muzyka po 10 minutach stała się dość męcząca), ale należycie wprowadzili w klimat imprezy. Głos wokalisty przez cały występ przypominał mi wokalizę Paula Stanleya (teraz sama już nie wiem, czy to komplement)… Następnie po żmudnym procesie rozłożenia perkusji (okraszonym pięknymi staropolskimi wykrzyknieniami) na scenę wślizgnął się węgierski bębniarz Balazs Pandi. Zdębiała publiczność przez pół godziny łomotania nie bardzo wiedziała, co ma ze sobą zrobić; dopiero gdy Pandi zaczął schodzić ze sceny, co bardziej błyskotliwi widzowie zdali sobie sprawę, że był to kolejny występ (a nie sprawdzanie ,czy w każdym zakamarku perkusji wszystko gra) i…zaczęli bić brawo, choć nie wypadło to zbyt przekonująco…

Jednak początkową niemrawość publiki można było wytłumaczyć jej liczebnością. Podczas dwóch pierwszych występów zapełnione były tylko dwa pierwsze rzędy (i to w większości przez die-hardów gwiazd wieczoru). Jednym z tych wyczekiwanych zespołów był z pewnością amerykański Agalloch. Ponurzy (na pozór) muzycy zagrali naprawdę dobry koncert (+brawa za sprawy techniczne) wykonując min. “Falling Snow” czy “Faustian Echoes”. Choć tę amerykańską grupę znałam już wcześniej, wciąż zadziwia mnie wokal Johna Haughm’a. Na żywo jednak zwalał z nóg, robiąc jeszcze większe wrażenie…Amerykanie swój występ zakończyli utworem “Our Fortress Is Burning…/ Bloodbirds” i choć frontman grupy nie był zbyt rozmowny, Agalloch został odpowiednio nagrodzony przez publiczność.

Wtedy, czyli około 22. (jeśli wierzyć rozpisce- w takich sytuacjach kompletnie traci się poczucie czasu) zaczęło robić się naprawdę gorąco. Nikt już prawie nie wychodził poza salę, słyszało się jednak kultowe już “Idę po piwo-popilnujesz mi  miejsca?”. Łatwo było poznać, że zaraz na scenę wejdzie Vader. Panowie, rzecz jasna w należytym umundurowaniu (swoją drogą- Peter, gdzie kupiłeś buty ?) wkroczyli na scenę, rozgrzewając publiczność niczym herbatka z prądem w mroźny wieczór. Po wykonaniu np. “Reborn In Flames” żadna grupa ludzi stojących pod sceną nie mogła pozostać obojętna na wdzięki muzyków z Vader. Szczerze- naprawdę bardzo chciałabym móc skrytykować za coś naszych rodaków (tak, tych też :)  ), jednak ,niestety, nie mogę. Ruch sceniczny rozwinięty bardziej niż u Marka Grechuty, a wykonanie…wiadomo ! Polska grupa rzeczywiście stanęła na wysokości zadania. W końcu przygotowywali publiczność na najazd gwiazd wieczoru…

Klasy Mayhem wszyscy byli pewni, nawet po pewnych wpadkach z nagłośnieniem podczas poprzednich wizyt w naszym pięknym kraju. Już sam wystrój sceny wyglądał obiecująco- świeczniki, czaszki….jak romantycznie (Choć czy ta czaszka była prawdziwa, tu już rozsądźcie sami)! Po tradycyjnym “Silvester Anfang” świat zaczął się walić. Z początku trudno było przyzwyczaić się do dźwięków wydawanych przez Csihara, odbieranych  chyba tylko przez nietoperze czy inne delfiny. Jednak wiadomo- dla chcącego nic trudnego. Playlista przygotowana przez Norwegów na ten wieczór (choć uzupełniona, rzecz jasna, o nowsze utwory jak “My Death”) uderzająco przypominała tę z “Mediolanum Capta Est” z 1999 roku…Zabrzmiało więc “Symbols Of Bloodswords” oraz “Ancient Skin”. Nie zabrakło również klasyków w rodzaju “Deathcrush” czy “Necrolust”. Punkt kulminacyjny z pewnością miał miejsce podczas “Freezing Moon”, kiedy nawet to, by nie dostać w twarz zbłąkaną ręką czy nawet glanem, graniczyło z cudem…

Sami muzycy również byli w bardzo dobrej formie (Necrobutcher pił zdrowie publiczności- toast przekazuję dalej), a Atilla zdawał się czerpać sadystyczną wręcz przyjemność z szarpania fanów stojących w pierwszych rzędach i oblewania ich szampanem…Po zagraniu starego, ale jarego “Pure Fucking Armageddon” zespół zszedł ze sceny, chociaż huk po stoczonej bitwie słyszany był jeszcze długo…Wtedy właśnie, magicznym sposobem, Halę opuściła co najmniej połowa widzów, w tym ja- o występ Matadores pytajcie więc kogoś innego…

Osoby, które mnie znają, potwierdzą, że tam, gdzie mogę, bywam bardzo złośliwa i jeszcze bardziej niewychowana niż zwykle. Tu jednak naprawdę nie mam do się do czego przyczepić (nieszczęsnemu Nevesis jestem nawet w stanie przebaczyć)- każdy zespół pokazał się z jak najlepszej strony…Jeżeli na kolejne edycje Asymmetry Festival zapraszać będą równie znamienitych gości, Wrocław może stać się moją kwaterą główną…

 

Alicja ‚Heretica’ Sułkowska

 


Napisany przez: bart | Nowości

Dodaj komentarz